Łuk. Symbol Amazonek a różowa wstążka.

Zacznę od tego, że organizacją, która prowadziła niejako równoległą do naszej działalność była – nieistniejąca już – Narodowa Koalicja do Walki z Rakiem (używająca początkowo nazwy Narodowa Koalicja do Walki z Rakiem Piersi).

 

Założyła ją w 1996 r. Maria Spasowska-Grochulska, która wiele lat spędziła w Stanach Zjednoczonych, a wtedy właśnie wróciła do Polski. To była fundacja skupiająca przede wszystkim osoby znane i ważne w świecie nauki i kultury. Należeli do niej między innymi profesor Cezary Szczylik i Irena Koźmińska. A ja przez jakiś czas byłam członkiem Rady. Głównym celem tej organizacji było gromadzeniem funduszy na własną działalność. Jednak, pomimo dużej przychylności ze strony establishmentu, Koalicja rozpadła się. Wspominam o tej organizacji, ponieważ to właśnie ona propagowała różową wstążkę. Krystyna Kaszuba, która też należała do Koalicji, już od 1995 r., po powrocie ze Stanów rozpowszechniała to logo na łamach czasopisma „Twój Styl” oraz poprzez założenie Stowarzyszenia Różowej Wstążki. W zasadzie od samego początku „toczyłyśmy walkę” z różową wstążką i powszechnie funkcjonującymi skojarzeniami jej z rakiem piersi i z kobietami po leczeniu tej choroby. Łuczniczka napinająca cięciwę łuku została wymyślona przez Zosię Michalską z klubu warszawskiego. I od razu się przyjęła. Byłyśmy bardzo dumne z tego symbolu, dlatego też stał się on naszym wspólnym emblematem. Niektóre kluby posiadają swoją własną tożsamość – na przykład kluby w Legnicy i w Szczecinie odwołują się do św. Agaty, męczennicy i patronki kobiet z rakiem piersi. Gdy pojawiła się u nas różowa wstążką, ja też uległam jej czarowi – to przecież bardzo ładny symbol. Pamiętam swój i koleżanek przyjazd do Iwonicza Zdroju w październiku 1997 roku na szkolenie. Przypięłyśmy sobie do klap marynarek różowe wstążeczki. Krystyna Mika była na nas za to bardzo zła. Nie rozumiałam wtedy, o co jej chodzi ani co jej się nie podoba w tym ślicznym, różowym znaczku. Buntowałam się, bo wydawało mi się, że jako Amazonka mam szczególne prawo do noszenia wstążeczki. Wtedy nie było jeszcze mowy ani o Avonie, ani o tym, że wstążka jest po prostu symbolem komercyjnym. Gdy Federacja zaczęła współpracę z firmą kosmetyczną Avon, miałam już większą świadomość konfliktu ideowego, ale uważałam, że nic nie tracimy na propagowaniu różowej wstążki podczas naszych akcji. Avon deklarował finansowanie naszych szkoleń i zapraszał nas do swoich inicjatyw. Coraz wyraźniej widziałam, że ta firma wykorzystuje sieć naszych kontaktów i sytuację kobiet po leczeniu raka piersi do realizowania własnych celów. Nie przeszkadzało mi to jednak, bo sądziłam, że i my na tym korzystamy. Na przykład w 1998 r. Avon chciał przeprowadzić swoją akcję promocyjną w Gnieźnie i innych miastach wielkopolski. Tam jeszcze nie było klubów, więc konsultantki tej firmy nieoficjalnymi drogami rozpowszechniały informacje o imprezie. I my w jakąś październikową sobotę wręczałyśmy ludziom ulotki o profilaktyce raka piersi, a przy okazji rozdawałyśmy dostarczone nam przez Avon gadżety z różową wstążką. Dość szybko zorientowałam się, że na naszej współpracy bardziej korzysta firma kosmetyczna – pieniądze, które miałyśmy od niej otrzymać, wciąż pozostawały w sferze obietnic. Oczywiście różowa wstążeczka nie jest własnością Avonu, używa jej wiele firm. Jednak nikt inny nie prosił nas o promowanie swojego logo w czasie naszych akcji. Z drugiej strony, gdy ktoś nawiązuje z nami współpracę, to opatruje swoje produkty, z których część zostanie nam przekazana, właśnie znakiem różowej wstążki. Tak jest np. w przypadku jubilerskiej firmy YES i papierniczej firmy Pentel. Cieszymy się, że ktoś chce nam przekazać pieniądze na naszą działalność, dlatego akceptujemy użycie tego logo. Dzięki temu bowiem możemy przeprowadzać szkolenia, organizować Spartakiady, zapewniać rehabilitację itp. Nasza współpraca z Avonem potrwała ze trzy lata, potem ich zarząd podjął decyzję o wspieraniu tylko klubu warszawskiego. Na całą Polskę zrobiło się nagle głośno o zakładaniu Gabinetów z Różową Wstążką, za czym stał Klub Warszawa Centrum. Rozeszła się też plotka, że Avon posiada ogromny, wielomilionowy fundusz na akcje społeczne i zaczął się szał – w kolejnych miastach i miasteczkach zaczęły powstawać kluby. W 2007 r. nastąpił największy rozkwit grup amazońskich, a wraz z nim zapanował kult Avonu i różowej wstążki. Dziewczyny były zafascynowane i pełne entuzjazmu. Od starszych koleżanek – poznanych na przykład podczas szkolenia w Warszawie – uczyły się zakładać nowe kluby. Organizowały też zazwyczaj wielkie otwarcie, na które zapraszały lokalne media i władze miasta. A wszystkie Amazonki obowiązkowo z różowymi wstążeczkami! (mimo że Avon z tymi wydarzeniami nie miał nic wspólnego) Te inauguracje mnie przygnębiały, ale nie krytykowałam ich. Wiedziałam, że dziewczyny nie rozumieją sytuacji. Mówiłam im tylko: „Burmistrzowi/staroście już przypięłyście wstążeczki, to po co wy jeszcze je na sobie eksponujecie?”. One odpowiadały tylko: „Bo to takie ładne”. Starałam się im wytłumaczyć, o co chodzi i dlaczego ja nie jestem zwolenniczką różowej wstążki. Zawsze jednak były to osobiste rozmowy, a nie jakieś publiczne osądzanie. Nawet w moim klubie dziewczyny nadal chętnie przypinałyby ten symbol do swoich ubrań. Naprawdę trudno jest to wytłumaczyć, tym bardziej, że różowa wstążka jest dosłownie wszędzie: w gazetach, w telewizji, w sklepach. Nikt już się nie zastanawia nad sensem tego symbolu – po prostu większości się podoba, przyciąga ich uwagę i zainteresowanie. Myślę, że teraz już powoli docieram do koleżanek ze swoimi uwagami. Niejednokrotnie mówiłam im zresztą: „Dziewczyny, mamy Kapitułę Złotego Łuku. Brońmy swojego etosu”. Staram się tłumaczyć to obrazowo: „Dziewczyny, wyobraźcie sobie, że wasz mąż lub wy pracujecie w firmie Volkswagen. Jest wielka uroczystość firmowa, a wy przychodzicie ze znaczkiem Fiata czy Citroëna w klapie. Co zrobi wasz szef? Prawdopodobnie was zwolni, bo każdy walczy o swoją markę, bo na tym zarabia. Przecież nawet jak są podróbki, to producentom wytacza się ogromne procesy. Więc dlaczego wy używacie cudzego symbolu (różowej wstążki) zamiast własnego znaczka (łuczniczki napinającej łuk)?”. Zwracam im uwagę, żeby lepiej zrozumiały sedno problemu: „Wy zupełnie nie szanujecie ważności własnego symbolu. Przez to lekceważycie tożsamość Amazonki. Jeśli chcecie kogoś odznaczyć, to przypinajcie łuk, bo właśnie on ma dla nas znaczenie. Jak ktoś ma się czuć dowartościowany, kiedy dostaje od was różową wstążeczkę – znaczek bez żadnego głębszego sensu”. Jednak „wstążkowa dywersja” nadal wśród Amazonek istnieje i daje o sobie znać w najmniej spodziewanych momentach – na przykład na pielgrzymce w Częstochowie można było zobaczyć morze różowych baloników i parasolek (od razu udało się ujednolicić ,że mamy jako symbol kwiat w ręce np. białą różę, a w tym roku będzie to słonecznik ) . Trzeba zresztą pamiętać, że wśród Amazonek lub wśród ich bliskich jest wiele konsultantek Avonu, więc one mają chyba inną perspektywę: promują różową wstążkę, bo na tym zarabiają. Nie zdają sobie jednak sprawy, że w ten sposób popierają nieetyczne działania. Wszystkim bowiem wydaje się, że jeśli produkt oznaczony jest logo różowej wstążki, to cena, jaką musi za niego zapłacić klient, w całości idzie na Amazonki lub na kampanię uświadamiającą w zakresie raka piersi. Zwykle jednak ta czy inna firma odprowadza zaledwie 10 lub 20 groszy od towaru. Natomiast sama wcześniej podnosi cenę produktu, sugerując, że specjalnie kosztuje on więcej, żeby więcej pieniędzy poszło na szczytny cel. I tak gadżet zamiast kosztować 5 zł, kosztuje 15 zł. Klient kupuje droższą – bo z różową wstążką – rzecz, przekonany, że przyczynia się do poprawy sytuacji zdrowotnej kobiet, a w rzeczywistości przede wszystkim generuje większy zysk producenta. U nas ciągle brakuje świadomości dotyczącej takich mechanizmów rynkowych, a jeszcze bardziej informacji od producenta o prezencie od sprzedaży towarów, który jest przekazywany organizacjom pozarządowym. Za nieetyczne uważam też reklamowanie się swoim prospołecznym nastawieniem przez różne firmy, reklamowanie się poprzez użycie różowej wstążeczki. Firma zyskuje w oczach starych klientów i zdobywa nowych, natomiast Amazonki zupełnie nic na tym nie zyskują, choć przecież często biorą aktywny udział w tych akcjach promocyjnych. Nikt za nas nie nada rozgłosu łukowi – obnosząc się z różowymi wstążeczkami same siebie ośmieszamy. Wstążeczki może nosić każdy, a do noszenia łuku mają prawo tylko Amazonki i uhonorowane przez nie osobistości. Wstążeczka jest dla ludzi zdrowych i ma ich poniekąd uświadamiać o zagrożeniu rakiem piersi. A ja i inne Amazonki nie potrzebujemy już uświadamiania, my znamy to zagrożenie od podszewki. Naszym symbolem może być tylko łuk, który mówi: „walczyłam, zwyciężyłam”. Dlatego chcę podkreślić, że ja nie jestem przeciwna różowej wstążce, nie zgadzam się natomiast na promowanie jej przez Amazonki. Niech różowa wstążka będzie symbolem podnoszenia świadomości na temat ważności walki z rakiem piersi. Niech przypomina zdrowym kobietom, że istnieje takie zagrożenie zdrowotne. Niech informuje, że jest szansa na wczesne wykrycie choroby, a więc i na zmniejszenie liczby ofiar raka. Nie podoba mi się natomiast, że różowa wstążka kojarzy się ludziom z Amazonkami, a więc z kobietami po leczeniu. Te potoczne skojarzenia idą więc w złą stronę – bo nam, Amazonkom, w ogóle to nie służy i nas nie dotyczy. Pozostałe kobiety natomiast często próbują zignorować sprawę – zakładają, że to nie jest przekaz do nich adresowany, choć przecież jego celem jest ponaglanie odbiorczyń do zadbania o własne zdrowie. Tak więc u nas zagubił się gdzieś edukacyjny element różowej wstążki – znaczenie tego symbolu zostało przeinaczone.   Inspirowanie pacjentek do podejmowania odpowiedzialności za swoje leczenie oraz mądra profilaktyka raka piersi celem polskiego ruchu Amazonek Od pewnego czasu coraz więcej mówi się o aktywnych pacjentkach jako właściwym modelu roli dla chorujących kobiet. Moim zdaniem ten „projekt” nie został jeszcze w Polsce zrealizowany. Co więcej, czasami odnoszę wrażenie, że funkcjonuje on jedynie w sferze mitu, a nie w rzeczywistości. My jesteśmy nauczeni, że lekarz jest jak Bóg – decyduje za nas, bo wie najlepiej. Z jednej strony, to oczywisty paternalizm. Z drugiej strony jednak, wiele osób, słysząc niekorzystną diagnozę, chce, aby ktoś za nie podejmował decyzje, ponieważ bardzo się boi. Boi się choroby, ale i odpowiedzialności za zły wybór. Sytuacja nie jest więc łatwa, ale coraz częściej można zaobserwować, że ludzie poszukują wiedzy na temat swojej choroby, także u lekarzy. Zadawanie pytań specjaliście okazuje się trudnym zadaniem. Wymaga bowiem wiele determinacji, pewnej znajomości tematu rozmowy oraz odporności na potencjalne lekceważenie, a nawet wyśmianie z jego strony. Pacjentki, które próbują pytać, szybko przekonują się, że lekarze nie mają czasu albo chęci, żeby im odpowiedzieć lub coś wyjaśnić. Jeśli natomiast dość dokładnie wiedzą, o co zapytać, to lęk przed krytyką czy zbyciem przez lekarza jest dużo mniejszy. Dociekliwa pacjentka, w jakimś sensie, jest dla lekarza kłopotem, bo musi się on zaangażować w rozmowę i przedstawić racjonalne argumenty, które ją przekonają do jego propozycji. Lekarzom o wiele łatwiej jest w ostatniej chwili podejść do pacjentki i powiedzieć, że w jej przypadku jest możliwość wykonania operacji oszczędzającej, a w następnej sekundzie ponaglająco spytać: „To co, chce pani, żeby to był zabieg oszczędzający, czy też decyduje się na mastektomię?”. A ponieważ ona nie ma pojęcia, z czym wiąże się jedna lub druga opcja, godzi się na tę, którą, jak jej się zdaje, preferuje lekarz. Ponieważ na razie rzadko jeszcze kobiecie składa się takie „propozycje”, to większość „wybiera” mastektomię. W trafności decyzji dodatkowo utwierdza je „opinia publiczna”, czyli inne pacjentki, leżące na oddziale, które mówią: „Lepiej jak ci usuną, bo będziesz miała spokój”. Ja się nie zgadzam, żeby decyzje o metodach operacji, a więc i dalszym życiu pacjentki zapadały w ten sposób. Dlatego też bardzo dużo uwagi przywiązuję do edukacji kobiet w zakresie stanu ich zdrowia i dostępnej im opieki medycznej. Na razie jest u nas tak jak w przysłowiu: jesteśmy mądre po szkodzie. Stajemy się ekspertkami ds. zdrowia kobiet i ds. raka piersi, ale szkoda, czyli mastektomia i skutki uboczne leczenia, już się zadziała i nic nie możemy z tym zrobić. Ja bym natomiast chciała, żeby kobieta na etapie mierzenia się z diagnozą miała względne pojęcie o chorobie, o leczeniu i jego konsekwencjach dla swojego dalszego życia, i aby stała się partnerką dla lekarza, bo inaczej całe życie będzie żałować, że źle podjęła decyzję i będzie mieć do wszystkich żal, że ją źle pokierowali. Idealnie byłoby, gdyby wszystkie kobiety wiedziały co nieco o raku piersi, ale trudno taki cel zrealizować. W przypadku osób odbierających diagnozę, całkiem realne jest kompetentne wsparcie ich w radzeniu sobie z tą szokującą informacją i ze zmianą, którą ona zapowiada. Co prawda, teraz jest taka tendencja, że pacjent ma prawo mieć prawa. Powołano więc kilka lat temu stanowisko rzecznika pacjentów. Są też różne instytucje, które mają go chronić. Jednak w środowisku szpitala, w gabinecie lekarza, na oddziale pacjent jest zupełnie bezradny, lekceważony – tu decyduje onkolog. Dochodzi do zderzenia deklaracji czy szczytnych postulatów, z faktami. I znowu mamy to samo co zawsze, że „jeśli deklaracje przeczą rzeczywistości, to tym gorzej dla rzeczywistości”. Staram się uczulać ludzi na takie sprawy, staram się pokazywać, że konieczna jest głębsza zmiana – warunków, w jakich dziś spotyka się pacjent z lekarzem oraz naszej mentalności. Myślę, że dobrym rozwiązaniem, w przypadku braku czasu i kompetencji komunikacyjnych u lekarzy, byłby film z wyjaśnieniami dotyczącymi tego, przez co przechodzą pacjentki ze zdiagnozowanym rakiem piersi. Płyty z filmami mogliby wręczać kobietom lekarze wraz z niekorzystnym wynikiem jej badania. Informacje zawarte na tej płycie dawałyby kobietom dostatecznie dużo wiedzy, by dzięki temu były w stanie zredukować ogarniającą je panikę i przezwyciężyć lęk. Zrozumienie tego, co im się właśnie przydarzyło, o jest jedynym sposobem na skuteczne poradzenie sobie z kryzysem i na zdobycie poczucie bezpieczeństwa w sytuacji pozornie beznadziejnej. Taki film powinien przedstawiać i omawiać: badanie mammograficzne i inne metody diagnozy oraz modelową rozmowę z lekarzem, który wyjaśnia pacjentce, jakie czynności mogą zostać podjęte w jej przypadku. Oczywiście te nagrania musiałyby być opracowane na bazie naukowych przesłanek i zaakceptowane przez odpowiednie gremium. Film powinien być nagrany w trzech różnych wersjach: dla kobiet z rakiem w stadium pierwszym, w stadium drugim i w stadium zaawansowanym. Taka sfilmowana rozmowa mogłaby zaczynać się do słów lekarza: „Niestety, w pani piersi wykryliśmy raka w zaawansowanym stadium. (…) Nie ma innych możliwości leczenia niż mastektomia. (…) Dalsze leczenie zależy od wyniku badania histopatologicznego. (…) W pani przypadku możliwa jest jednoczasowa rekonstrukcja piersi. Stosowane metody rekonstrukcji to…”. A oto inny przykład: „Ma pani raka, ale w pani przypadku istnieje możliwość zachowania piersi. Wiąże się to z koniecznością zastosowania naświetlania oraz chemioterapii…”. W zależności od postawionej diagnozy, kobieta otrzymywałaby właściwy wariant filmu do obejrzenia w domu. Oglądając przykładową rozmowę, kobiety uczyłyby się, jak rozmawiać z własnym lekarzem, jak należy formułować pytania, o co należy zapytać. Lekarze natomiast nie traciliby czasu na bardzo nieefektywną rozmowę z pacjentką, która, otrzymując złą diagnozę, wpada w głęboką rozpacz i przestaje słyszeć, co się do niej mówi. Zapoznanie pacjentek z odpowiednimi nagraniami byłoby korzystne dla obu stron. Bowiem kobiety, wiedząc, co je czeka, nie byłyby już tak przerażone, słyszałyby i rozumiałyby znacznie więcej z tego, co próbuje im szybko zakomunikować lekarz, niż to się dzieje obecnie. Dzień lub kilka dni po obejrzeniu filmu pacjentka wracałaby do lekarza, aby porozmawiać z nim o możliwych do zastosowania w jej przypadku opcjach leczenia. Decyzje, które zapadałyby w czasie takiej rozmowy byłyby o wiele bardziej uzasadnione, przemyślane i adekwatne. Taka pacjentka mogłaby bowiem, jak sobie to wyobrażam, powiedzieć do lekarza: „Panie doktorze, czy nie da rady przeprowadzić u mnie zabiegu oszczędzającego. Wolałabym takie rozwiązanie. Co prawda wiem, że radioterapia może uszkodzić skórę, ale przy moim dużym biuście protezka byłaby problemem”. (Kobieta, która nie widziała takiego filmu, nie zna takich słów i nie umie wybiec myślami w przyszłość.) Takie mam marzenie – na razie jednak nie ma szansy, żeby je zrealizować. Zaznaczę jeszcze, że nie chodzi mi o to, żeby kobiety przymuszać do oglądania tego filmu, ale o to, aby mogły go sobie obejrzeć w zaciszu domowym, jeśli uznają, że tego chcą. Jestem pewna, że wiele osób bardzo chętnie skorzysta z kompetentnie przygotowanego materiału edukacyjnego, zaaprobowanego przez środowisko lekarskie. Przecież potrzeba wiedzy w sytuacji tak niezwyczajnej, niecodziennej jak otrzymanie diagnozy nieuleczalnej choroby jest ogromna. Ludzie, którym nikt nie przychodzi z pomocą, szukają informacji w Internecie, u znajomych, w byle jak napisanych artykułach prasowych itp. Sprawa uświadamiania kobiet w zakresie raka piersi (i profilaktyki tej choroby) jest bardzo pilna – zwłaszcza w obliczu coraz to nowych, prowadzonych przez Internet akcji promujących kulturę różowej wstążki. Już po raz drugi w październiku odbyła się facebookowa akcja poświęcona jakoby rakowi piersi (zainicjowana przez amerykańską organizację Susan Komen). Obie w swym przekazie celowo były nieco tajemnicze – po to, by przyciągnąć zainteresowanie jak najszerszej publiczności. Obie też miały przywodzić na myśl skojarzenia z seksem, a nie z chorobą. Dla mnie to nie jest niewinna zabawa, z ważną ideą w tle, ale manipulacja. To taki komunikat do społeczeństwa, że jeśli publicznie mamy mówić o raku piersi, to tylko poprzez eufemizmy i przyjemne skojarzenia. Rak piersi nie jest więc normalnym tematem – trzeba go ukrywać, ubierać w seksowne przebrania, w różowe kolory itp. Dlatego też takie akcje w żaden sposób nie wpływają na podnoszenie świadomości raka piersi. Gdy więc przeczytałam, że nasze Amazonki też emocjonują się tą akcją, angażują się w nią, to oniemiałam. Naprawdę szeroko podjęte działania edukacyjne, uczące krytycznego myślenia, są nam wszystkim pilnie potrzebne. Takie akcje jak ta po prostu utrwalają stereotyp: kobiety muszą o swoich sprawach i problemach mówić w zawoalowany sposób, natomiast mężczyźni myślą tylko o jednym (o seksie). Ta akcja stawia kobiety i mężczyzn w złym świetle, ale jest chwytliwa dla mediów, a teraz tylko to się liczy. W tym kontekście wyraźnie widać, dlaczego akcje społeczne organizowane przez Amazonki są niepopularne w mediach, a więc i wśród polskiego społeczeństwa. My o raku piersi mówimy na poważnie, choć oczywiście staramy się naszemu przekazowi nadać bardziej atrakcyjną formę. I nigdy nie straszymy chorobą. Parę lat temu na przykład zorganizowałyśmy kampanię „Zdrowy nawyk. Zdrowe piersi” i do udziału w niej zaprosiłyśmy Hannę Śleszyńską, Małgorzatę Ostrowską, Ilonę Felicjańską, Agatę Młynarską i Olgę Bończyk. Był koncert, była licytacja biżuterii, voucherów do SPA, zniżek na zabiegi kosmetyczne itp. (Zebrane fundusze przeznaczyłyśmy na remont naszej siedziby.) Odbyła się też mini-konferenacja, na której jedna z Amazonek pięknie opowiedziała o swoich przeżyciach, później ja mówiłam ogólnie o kwestii tabu. Potem jeszcze Ilona Felicjańska przyznała się do swojego alkoholizmu. Ciekawie o Toskanii opowiadał nasz sponsor. Wszystko to było bardzo elegancko zorganizowane i świetnie przeprowadzone. Na imprezę zaprosiłam różne media, posłałam im też materiały prasowe, ale niestety nikt o niej nie napisał. W maju br. w ramach kampanii odbyło się spotkanie śremskich kobiet. Było o profilaktyce, aukcja na rzecz śremskich Amazonek, a Olga Bończyk zaszczyciła zebranych mini koncertem. Media pięknie zapisały o kampanii i ważności wczesnego wykrywania raka piersi. 1.2. Idealna członkini stowarzyszenia według Krystyny Kiedy powstaje klub Amazonek, to na początku jest on przeważnie niewielki – tworzy go kilka lub kilkanaście kobiet. W takiej nowo powstałej grupie panuje zwykle bardzo ciepła atmosfera; jest wręcz rodzinnie. Członkinie łatwo nawiązują przyjaźnie i są chętne do działania w grupie samopomocowej. Wtedy ważne są przede wszystkim wrażliwość i otwartość na potrzeby koleżanek – innych Amazonek. Wzrasta mobilizacja do wspólnych ćwiczeń rehabilitacyjnych, przywracających utraconą sprawność po zabiegu operacyjnym. Grupa mobilizuje się do rehabilitacji także później, kiedy sprawność zostanie już odzyskana, ponieważ stale należy ją podtrzymywać. Zaangażowanie w aktywność rehabilitacyjną oraz we wzajemne wsparcie psychologiczne powoduje, że niejedna Amazonka odżywa i zaczyna coraz lepiej sobie radzić. Łatwo przychodzi jej wówczas zadeklarowanie chęci pomocy przy planowaniu i realizacji ważnych działań, podejmowanych przez prezeskę czy zarząd klubu. W tych warunkach stwierdzenie, jakimi cechami odznacza się idealna członkini stowarzyszenia jest stosunkowo proste. Problem pojawia się, gdy klub się powiększa, gdy liczba Amazonek przekracza 50, 100 czy 200 osób, jak to ma miejsce w Poznańskim Towarzystwie „Amazonki”. Zdarza się wtedy, że nowo przychodzące do klubu kobiety nie zostają otoczone dostateczną troską czy obdarzone większym zainteresowaniem ze strony „zadomowionych” klubowiczek. Wiem, że prezeski klubów zwracają na to szczególną uwagę, a mimo to jedna na kilka lub kilkanaście kobiet po pierwszej wizycie w klubie już więcej nie przyjdzie. Jak, na tym etapie rozwoju stowarzyszenia, powinna zachowywać się idealna członkini klubu? Otóż, nie powinna ona dopuścić do sytuacji, by nowo przybyłe koleżanki poczuły się zaniedbane czy zignorowane. Jej życzliwość, otwartość i empatia spowodują, że każda nowa członkini odnajdzie w klubie swoje miejsce, że poczuje się dobrze, po prostu swojsko. Idealną członkinię wyróżniać będzie też kreatywność oraz chęć współpracy z zarządem. Będzie dążyła do tego, by jej klub był dobrze odbierany w środowisku jej znajomych, a także w miejscu zamieszkania i w Federacji. Zawsze będzie ona dbać o jego dobre imię i sama stanowić jego najlepszą wizytówkę. Aktywność członkini klubu jest istotna przy przeprowadzaniu takich działań jak organizacja kampanii profilaktycznych, szkoleń, spotkań okolicznościowych czy imprez sportowych. Wystarczy kilka idealnych członkiń, żeby stowarzyszenie zdobyło rozgłos i poważanie. W dużej grupie pojawia się szczególny problem, a mianowicie eskalacja roszczeniowego podejścia wśród mniej idealnych członkiń. W „tłumie” zawsze pojawią się osoby, które rzadko angażują się w prace stowarzyszenia lub które chcą jedynie korzystać z oferty stworzonej przez inne członkinie. Chętnie więc przyjdą na zajęcia rehabilitacyjne, imprezy okolicznościowe, wezmą udział w wyjazdach integracyjnych – nic z siebie jednak nie dadzą. Nie chcą nawet umyć po sobie szklanki. Idealna członkini potrafi niwelować takie postawy roszczeniowych koleżanek. Pamiętać jednak należy, że po przebytej traumie związanej z diagnozą „rak piersi” i jego leczeniu, nie każda kobieta od pierwszego momentu pojawienia się w klubie jest gotowa na większą aktywność. Na początku na pewno potrzebuje więcej czasu. Dlatego może się zdarzyć, że przez dłuższy czas pozostanie bierna. Każda ma do tego prawo. Idealnie byłoby, gdyby po kilku miesiącach oswojona z klubem Amazonka wyraziła gotowość podjęcia pewnych zadań – na miarę jej sił. Jedną z najbardziej cenionych przez Amazonki aktywności jest bycie „ochotniczką”. Wszystkie członkinie klubu tworzą środowisko samopomocowe. Ochotniczki natomiast to bardziej luźna grupka wewnątrz stowarzyszenia. Zwykle składa się ona z kilku lub kilkunastu (rzadziej kilkudziesięciu) osób, które wspierają emocjonalnie i pomagają w niektórych codziennych sprawach kobietom przebywającym w szpitalach, krótko po zabiegach operacyjnych. Dzielenie się własnym doświadczeniem w zakresie radzenia sobie w trakcie leczenia i w okresie dalszej rehabilitacji oraz aktywności społeczno-zawodowej to cenny dar. Kobieta leżąca w szpitalu ma zwykle czarne myśli i wielki brak wiedzy na temat tego, co dalej z nią będzie. To właśnie „ochotniczka” może jej pokazać, że diagnoza i operacja to nie koniec świata. Mówiąc, jak to było w jej przypadku oraz powołując się na swój staż (np. wspominając, że jest 20 lat po leczeniu), ochotniczka przekazuje zagubionej pacjentce sygnał, że ona także najprawdopodobniej ma przed sobą wiele lat życia. Swoją postawą wzbudza w niej pewność, że powinna spróbować zrealizować swoje potrzeby i marzenia, że nic nie jest przekreślone. Podsumowując, idealna członkini jest wrażliwa na drugą osobę, kreatywna i jest ochotniczką. Zwłaszcza w ich przypadku można powiedzieć, że Amazonki są jak kwiaty, obracające twarz w kierunku słońca.

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.